Włoska robota

Od świąt wielkanocnych jestem zabiegany jak chomik w kołowrotku. Powoli wracam do swojego stałego tempa, a wraz z tym biorę się z powrotem za internety. Z ciekawszych rzeczy, byłem niedawno we Włoszech…

Do ostatniej chwili moje plany majówkowe były mocno niepewne – ograniczony portfel, przyjaciele w wiecznym rozjeździe, ciągłe zaległości. Ostatecznie zdecydowałem się na nieco dziki pomysł wyjazdu do Wenecji, tzw. podróż „po kosztach”. Pięć osób, trzy skrzynki jedzenia, dwa namioty i jeden Opel Frontera… w gazie :)

Załadowani po brzegi

Zapakowani jak sardynki wyjeżdżamy w środę wieczór, granicę z Austrią przekraczamy skoro świt a około południa przychodzi czas na pierwszy dłuższy postój.

Bzdyrka

Pora obiadowa

Alpejskie krowy

I w trasę aż do zmroku. Potem najazd na przypadkową polanę, szybkie rozbicie obozu, kolacja i spać – o piątej wszystkich czeka pobudka.

Nocleg

Późnym popołudniem osiągamy główny cel podróży – Wenecję. Pogoda nie była dla nas zbyt łaskawa, praktycznie cały czas padał deszcz. Mimo tego, miasto przerosło moje oczekiwania. Prześlicznie, żadne lokacje z Tomb Raidera 2 nie oddają pełni klimatu. Mały włoski sklepik zaopatrzył nas w wino lane do butelek po wodzie mineralnej (1.80 euro za litr). Nic tylko całą noc tańczyć, śpiewać i… eee… gdyby nie pogoda. Na pewno jeszcze tu wrócę żukiem!

Mokro!

Skrzyżowanie

Mokro!!

Sobotę spędziliśmy leniwie w portowym mieście Triest. Tutaj dopiero odczułem, że naprawdę znajduję się we Włoszech. Wszystkie ulice zawalone skuterami, co drugi zaparkowany samochód posiadał jakiś defekt – urwane lusterko, karoseria łatana taśmą klejącą. Aha, i ludzie wrzeszczą na ulicach :)

W drodze do miasta

Z wieży

Zameczek

Na wieczór poszukaliśmy noclegu za granicą Słowenii. Ze znalezionej polany próbował przegonić nas leśniczy, na szczęście udało się go przekonać w polsko-słoweńskim dialekcie abyśmy mogli rozbić namioty. Warunkiem była szybka ewakuacja nad ranem i zakaz rozpalania ogniska.

Nocleg

Przyszedł czas na zwiedzanie Słoweni, zajrzeliśmy do jej stolicy – Lublany.

Rynek

Lublana

Słoweński smok!

W poniedziałek (czyli docelowy koniec podróży) rozkraczyła nam się Frontera. Samo usunięcie samochodu z drogi było nie małym problemem, ponieważ zblokowały się tylne koła. Przyjechała policja, zaczęła sterować ruchem. Potem przyjechała straż pożarna i ściągnęła nas na pobocze (wsadzili po łopacie pod koła i na hol). Na koniec przyjechała pomoc drogowa, oferując podwózkę do granic Austrii za jedyne 160 euro. Nasz dzielny kierowca Andrzej podziękował za taką pomoc i zabrał się… za demontowanie tylnego napędu. Cała ta przygoda zabrała nam kolejny jeden dzień, ale finalnie udało nam się dotoczyć do Krakowa na przednim napędzie.

Nananana...

:(

 
  • Justyna Brzostowska

    Przygoda z przygodami :)
    Kciuki za powrót Żukiem.

  • https://plus.google.com/+PawelPieta Paweł Pięta

    Szalona historia! :-D