Nie czytam książek do końca.

To wcale nie było dla mnie takie proste, musiałem się tego nauczyć. Nie tylko książek, również nie kończę gier, nie oglądam do końca filmów. W połowie porzucam czytanie blogów. Czasami.

Ciężko wskazać konkretne źródło, może to wychowanie, może szkoła. Ktoś postarał się aby powbijać mi do głowy kilka pozornie bezpiecznych kołków. Jednym z nich jest stwierdzenie, iż jeśli coś zaczęliśmy to należy to bezwzględnie skończyć. Tak nieprecyzyjnego zwrotu nie jestem w stanie uznać za słuszny.

Aby nie odpłynąć za daleko, skupię się na czymś codziennym czyli na książce (i podobnych jej mediach). Czytam chyba dużo. Czytam w drodze do pracy, w sklepowej kolejce, czytam do kawy i na dobranoc. W ryzyko zawodowe każdego czytelnika wpisana jest sytuacja, gdy wybrana przez nas książka wbrew oczekiwaniom pociąga nas niczym szambo latem. Mając na swoim koncie sporo pozycji przez które przebrnąłem „dla zasady”, obiecałem sobie, że już nigdy więcej tak nie zrobię.

Odkładam „robaczywe jabłka”, bo najzwyklej w świecie szkoda mi czasu. Nie ma tu miejsca na trening charakteru, nie ma konsekwencji, nie ma świętej misji. Jest tylko marnej jakości rozrywka i mniej lub bardziej świadoma chęć podtrzymania słuszności wyboru. Trudno mówić o czytelniczym doświadczeniu, ale umówmy się – nie od dziś jesteśmy konsumentami kultury. Wiemy co nam leży a co nie.
To nie rollercoaster, możemy wysiąść.

Uważasz, że to oczywiste? Brawo Ty.
Ja niegdyś potrzebowałem czasu aby to załapać

 
  • http://malignantcat.blogspot.com/ MalignantCat.

    Nie na tym polega życie aby iść za schematami, pewnym sztywnym i ustanowionym z góry planem. Z książkami jak z życiem, musimy pojąć, że robienie czegoś na siłę nie daje nam przyjemności i nie przynosi żadnego pożytku. :)