Potęga papieru

Mija pięć lat od czasu kiedy zamówiłem czytnik ebooków. Szybko stałem jednym z największych orędowników tego rozwiązania. Po czasie zachwytu, mój Kindle zbiera kurz. Sięgam po niego sporadycznie.

Czytnik potrafi zachwycić, to ogromna biblioteka książek, którą mogę mieć zawsze przy sobie. Technologia wyświetlania jest nieinwazyjna, niemęcząca. Delikatny ghosting, będący niedoskonałością ekranu sprawia, że czuję się jakbym czytał zadrukowaną z obu stron kartkę papieru. Tradycyjna książka bywa nieporęczna, zwykle trzyma się ją trochę inaczej, w zależności od strony na której się znajdujemy. Czytnik obsługuję jedną ręką, co pozwala czytać leżąc na boku, w zatłoczonym autobusie czy nawet w kolejce sklepowej. Zrewolucjonizowało to moje czytelnictwo, jak zawsze czytałem książki, tak kiedy nastała era Kindle’a, zacząłem wchłaniać je taśmowo.

Doszło do momentu, gdzie moimi jedynymi drukowanymi lekturami były podręczniki i przewodniki. Wszelką literaturę nabywałem elektronicznie, papier od czasu do czasu otrzymywałem w formie prezentu. Gdzieś jednak nastąpił punkt zwrotny. Pierwszą bolączką jaką zacząłem dostrzegać, szczególnie w przypadku długich sag, było gorsze zapamiętywanie treści. Wyszło to podczas dyskusji na temat przeczytanych książek ze znajomymi, i było nieco niepokojące. Forma elektronicznego czytnika sprzyja szatkowaniu czytelniczych sesji. Człowiek zaczyna się zastanawiać czy to starość czy medium?

Nowe tempo doprowadziło do tego, że wyrugowałem ze swojego życia proces jakim jest czytanie książki. Mam na myśli tę czynność, kiedy zajmujemy wygodne, ciche miejsce, siadamy i manualnie przewracamy kartki. Używając czytnika tracimy pewną więź. Treści z kartką, treść zostaje niejako odarta ze swojej fizyczności. Dla jednych to może być powód do radości, przecież to oznacza koniec z potarganymi lub pogiętymi kartkami. Wydaje mi się jednak, że warto poświęcić czas na proces czytania. Czas na relaks. Ten rodzaj relaksu, który osiąga się dzięki skupieniu i wyciszeniu. Ćwiczeniu umysłowej dyscypliny.

Przewracając, dotykając kartek, budujemy w głowie pewną mapę, której możemy użyć przeszukując przeczytaną już książkę. Każdy z was może zrobić sobie taki test, okaże się, że całkiem nieźle „czujecie”, gdzie mniej więcej wybrana treść „leży”. Drugą twoją mapą staje się półka z książkami, codzienną, fizyczną reprezentacją twoich doświadczeń. Przecież oglądasz ją każdego dnia, to się utrwala.

Koniec końców, czytnika nie zamierzam się pozbywać, chociaż jego losy związane są z podróżnym plecakiem. Po zachwycie technologią, robię mały krok w tył. Ceny ebooków nie rozpieszczają polskich czytelników, więc największym kosztem jest tu przestrzeń pokoju. To cena którą póki co, jestem gotów płacić.

Do czego zachęcam, to aby czytać świadomiej. Pozwolić sobie na luksus dłuższych, niepoprzerywanych sesji. Pielęgnować ten jeden z nielicznych rezerwatów wolnego tempa w życiu, zanim zniknie. Nawet jeżeli przekładasz klikanie przycisku ponad szelest papieru.