Jak zostałem przewodnikiem beskidzkim

Dobiegł końca trwający niemal dwa lata etap mojego życia. Spróbuję go krótko opisać, chociaż jest tego zbyt dużo, by móc wszystko uchwycić.

O kursie przewodników beskidzkich myślałem od dobrych paru lat. Prawie od momentu kiedy przyjechałem do Krakowa. Moja życiowa sytuacja, studia łączone z pracą zawodową odłożyły, a nawet już myślałem, że pogrzebały ten pomysł. Dziś jak o tym myślę, był to chyba ostatni rzut na taśmę. Pojawiło się okienko. Nie obiecując sobie wiele, w październiku 2015 roku, stawiłem się na spotkaniu organizacyjnym nowego kursu.

Rok temu nakreśliłem mniej więcej z czym taki kurs się wiąże, a był to dopiero początek. Kurs organizowany przez SKPG zasadniczo dzieli się na dwie części.

Luboń Wielki

Pierwszą są piesze wędrówki, kiedy wraz z mottem szkolenia – przez nogi do głowy – wtłaczana jest znajomość grup górskich w polskich Beskidach. Wiąże się to z uczestnictwem w wyjazdach weekendowych, odbywających się średnio co 2-3 tygodnie. W ramach tej części organizowana jest Impreza Na Orientację, praktyki na bazie namiotowej oraz obozy letnie. Część pierwsza kończy się tzw. egzaminem połówkowym w okolicy października, czyli po roku szkolenia. Zaliczona „połówka” jest przepustką do części drugiej.

Solą części drugiej są wyjazdy autokarowe, chociaż dalej przeplatane wyjściami pieszymi. Autokarówka polega na ćwiczeniu umiejętności pilotażu, czyli na nawigowaniu kierowcy i jednoczesnym opowiadaniu grupie o miejscach, przez które przejeżdżamy. W czasie trwania zarówno pierwszej jak i drugiej części organizowane są dwa razy w tygodniu wykłady teoretyczne. W czasie pomiędzy wyjazdami a wykładami wymagane jest również zaliczenie map grzbietowych, z poszczególnych grup górskich.

Połówka

Program dydaktyczny wykracza sporo poza metodykę i topografię Beskidów. Niezbędna jest również wiedza z takich dziedzin jak geologia, przyroda i jej ochrona, etnografia, architektura, sztuka, historia zarówno Polski jak i turystyki czy pierwsza pomoc. Zakres terenowy sięga mniej więcej od Cieszyna po Bieszczady (z wyłączeniem Tatr).

Kiedy skończą się wyjazdy, przychodzi czas na sesję egzaminacyjną – postrach kursantów. Składa się na nią 14 egzaminów teoretycznych, jest to niemałe wyzwanie logistyczne i trwa około miesiąca. Po nich przychodzi kolej na egzamin wewnętrzny, kiedy sprawdzane zostają wszelkie umiejętności praktyczne. To jeszcze nie koniec sita egzaminacyjnego – na tych co dotrwają czeka egzamin państwowy, organizowany przez Urząd Marszałkowski. Swój zakończyłem pomyślnie w zeszły weekend.

Egzamin państwowy

Było super, ale był to tak długi proces, że bywało sporo momentów, kiedy zadawałem sobie pytanie po co w ogóle to robię. Kurs jest intensywny, otrzymuje się bardzo dużo, ale wymaga poświęcenia sporej ilości czasu. Poziom trudności jest dla każdego indywidualny, w zależności od twoich wcześniejszych doświadczeń, wykształcenia i ilości wolnego czasu. Na szczęście nie jest to walka, w której jesteśmy zdani sami na siebie, trudności zbliżają i docierają ludzi, a to coś więcej niż urzędowy papier.

Jeżeli ktoś nie tylko chciałby, ale ma odwagę spełniać marzenia i nie brakuje mu samodyscypliny, to jak co roku na jesień wystartuje kolejny kurs. Warto podjąć takie wyzwanie, nie tylko jeżeli planuje się zostać zawodowym przewodnikiem górskim. Bo życie jest takim figlarzem, że najlepsze rzeczy dostaje się gratis. Odkryjecie miejsca na które sami nigdy nie traficie, spojrzycie na góry z innej perspektywy, poznacie ludzi z którymi zawsze jest po drodze :)

Co dalej? W listopadzie czeka nas uroczyste blachowanie przewodnickie i przyjęcie w poczet macierzystego koła. W naszym przypadku jest to Studenckie Koło Przewodników Górskich w Krakowie, koło z ponad 60-letnią tradycją. I tak jak wielu przed nami, staniemy wokół ogniska, gdzie przyjdzie nam złożyć przysięgę przewodnicką.

A teraz… teraz dla odmiany pojechałbym w góry :)

Po egzaminie

PS. Razem ze mną przewodnikiem został mój kolega Martin,
znajdziecie go na blogu Jak To Blisko :)